True love overcome the worst of evils

True love overcome the worst of evils

poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozdział 2

   Ze snu wyrwał mnie dźwięk budzika. Szybko zerwałam się w łóżka i wyłączyłam urządzenie. Przetarłam oczy rękami i spojrzałam na wyświetlacz. Czwarta rano. Powolnym krokiem podeszłam do szały. Wyjęłam czerwone ryrki i czarną bluzkę ze złotym nadrukiem. Następnie szybko przebrałam się w naszykowane rzeczy. Rozczesałam włosy i skierowałam się prosto do kuchni.
   Chłopcy jeszcze spali. Byłam strasznie podekscytowana. W końcu przecież znowu zobaczę mojego kuzyna od ponad półtora roku. Już nie mogę się doczekać. Czemu im tak długo schodzi? Ponownie spojrzałam na zegarek stojący na jednej z szafek. Dwadzieścia po czwartej. Ciekawe czy się zmienił? W sumie Brad nawet przypomina mi Harry'ego. On też ma brązowe, kręcone włosy. A ten jego kolega? Mam nadzieję, że nie będzie taki zły.
   Czwarta dwadzieścia sześć. Dzwonek do drzwi.
   Na moich ustach momentalnie wykwitł szeroki uśmiech. Szybko poderwałam się z miejsca, na którym siedziałam. Przewracając przy tym krzesło. Po kuchni rozległ się głośny huk. Nie zwracając na to uwagi pobiegłam w stronę drzwi. Przekręciłam kluczyk i otworzyłam je na oścież.
   Moim oczom ukazało się dwoje chłopaków. Jeden był mi zupełnie nieznany. Blondwłosy, wysoki i uśmiechający się lekko.
   Natomiast drógiego poznałam od razu. Kręcone brązowe włosy, oczy tego samego koloru, iższy od swojego towarzysza i uśmiechający się do mnie szeroko.
   Nie zwracając na nic uwagi, przytuliłam mocno chłopaka, który od razu odwzajemnił uśmiech puszczając swoje bagarze na ziemię. Staliśmy tak chwilę.
     -Ale się zmieniłaś-powiedział ciemno włosy.
Odsunęłam się od niego. Nadal szeroko się uśmiechając.
     -Za to ty ani trochę.-Ponownie znalazłam się w jego ramionach.-Nawet nie wiesz jak za tobą tęskniłam.
     -Ja za tobą też. Strasznie.
Usłyszeliśmy z boku znaczące chrząknięcie.
     -Nie chciałbym wam przeszkadzać-powiedział blondyn.
Ponownie stanęłam przed chłopakami.
     -A Bella-zaczął Braz.-To jest James. James-zwrócił się do niego.-To jest Bella.-Chłopak przedstawił nas sobie.
     -Miło mi.-Wyciągnęłam rękę w jego stronę.
     -Mi również.-Uścisnął ją.-To jak? Możemy wejść? Czy będziemy tak stać na zerwnątrz?-spytał.-Zmęczyłem się trochę podrużą i chciałbym odpocząć.
Rozgadany chłopak. Stwierdziłam od razu. Ale fajny.
   Przesunęłam się na bok i wpuściłam chłopaków do środka. Następnie zamknęłam drzwi. Postawili swoje bagarze na podłodze. Brad czekał, aż do nich podejdę. Natomiast James jakby był u siebie rozłożył się na kanapie i włączył telewizor.
     -A gdzie ciocia z wójkiem?-spytałam stając przy Bradzie.
     -Poszli coś załatwić-odpowiedział mi blondyn.-Masz coś do jedzenia? Bo jestem strasznie głodny po tym locie.-Spojrzał w naszą stronę.
     -W kuchni. Bierz co chcesz.-Kiwnęłam głową w stronę pomieszczenia.
Chłopak z trudem wstał i ruszył w jego stronę.
     -Fajnego kolegę sobie znalazłeś. Taki...-Przystawiłam dłoń do brody i zaczęłam się zastanawiać jakby go tu opisać.
     -Przebojowy.-Podsunął mi Brad.
     -O właśnie. Niczym się nie przejmuje jakby był u siebie w domu-podsumowałam.
     -Tak.-Brunet przyznał mi rację.-Ale za to dobry z niego przyjaciel.
     -Jak do tej pory to mogę się z tym zgodzić. Zobaczymy co będzie puźniej. A jak tam u ciebie? Co robiłej przez ten cas w Anglii i oczywiście jak się poznaliście?
     -Uuu... Dużo się działo. Na początku było strasznie. Nikogo tam nie znałem. Ale po jakimś czasie zakolegowaliśmy się z Tylerem. W szkole było nawet dobrze. A później zacząłem wstawiać na youtube fimiki z coverami gwiazd.
     -To ty śpiewasz?-spytałam zdziwiona.
     -Nie przerywaj mi. Wszystko w swoim czasie-upomniał mnie.-A więc zacząłem wrzucaś filmiki do sieci i tak poznałem Jamesa. To znaczy on mnie znalazł i założyliśmy taki mini zespół The Vamps, ale jeszcze na pewno kogoś znajdziemy.
     -Super-powiedziałam wesoło.-Ja to mam szczęście. Mieć trzy gwiazdy muzyki pod jednym dachem.
     -Trzy gwiazdy?-zdziwił się.
     -No ty, James i Harry-wyjaśniłam.
     -Jaki Harry?-Zmarszczył brwi.
     -Jak to jami Harry. No ten z One Direction.
     -On tu jest.-Na jego twarzy można było zobaczyć ogromne zdziwienie.-Oszukujesz-powiedział po chwili.
     -Naprawdę. Mogę ci go pokazać. Chodź.-Chwyciłam go za rękę.-Tylko cicho, bo na pewno jeszcze śpi-poinformowałam.
Pociągnęłam go w stronę pokoju chłopaka. Lekko uchyliłam drzwi sprawdzając czy śpi. Śpi. To dobrze. Otworzyłam drzwi szerzej i wpuściłam Brada przodem. Podeszliśmy do łóżka.
     -Widzisz? Muwiłam ci.-Położyłam dłonie na biodrach. Uśmiechając się.
     -Myślałem, że sobie ze mnie żartujesz.
     -Ja?-spytałam niewinnie.-No coś ty. Dopiero przyjechałeś. Puźniej sobie z ciebie jaja porobię.
     -Ale jak on się tu znalazł?-spytał, nie zwracając uwagi na moje poprzednie słowa.
     -Przyjechał ze mną z Londynu.
     -To ty byłaś w Londynie?-spytał zdziwiony.
     -Przez cały miesiąc wczoraj wróciliśmy.
     -Szkoda, że mi nie powiedziałaś. Bym cię odwiedził.
     -Racja, ale to już nie ważne. Przecież teraz jesteś u mnie. A poza tym nie chciałbyś spotkać całej zgrai tych idiotów.
Brad zaśmiał się.
     -Czy wy jesteście razem?-spytał wskazując na Harrego.
     -Co? Nie. Weź nawet tak nie żartuj. My mamy być parą? Śmieszne.
     -No co?-bronił się.-Myślałem, że skoro śpi u ciebie w domu to może być twoim chłopakiem.
     -Dla twojej wiadomości to mam chłopaka i on nie nazywa się Harry tylko Louis.
     -To też ten z One Direction?
     -Tak.-Kiwnęłam głową.
     -No nieźle dziewczyno.-Zaczął kiwać głową.
     -A tego.-Wskazałam palcem na Harry'ego.-Normalnie czasami to znieść nie można. Pan, zdecydowanie za duże ego, to głupi głupek i idiota, a szczególnie jak się przechwala. Że to niby jest taki przystojny.-Ostatnie zdanie powiedziałam zmienionym głosem. Prubując udawać głos Harry'ego.
     -Wiesz, że to nie ładnie tak kogoś obgadywać za plecami?-
Usłyszeliśmy jak ktoś odzywa się za nami. Szybko odwróciłam się w stronę łóżka.
     -Harry! Już nie śpisz?-spytałam słodkim głosikiem.
Chłopak odwrócił się w naszą stronę i oparł na łokciu.
     -Długo nas słuchasz?-dodałam już normalnie.
     -Wystarczająco.
     -To ja wam nie będę przeszkadzać.
Brad szybko wymkną się z pokoju.
     -Wiesz co?-Spojrzałam na niego.-To ja też będę już szła.-Chciałam wyjść, ale Harry mnie zatrzymał.
     -To był ten twój Brad?-spytał najnormalniej w świecie, Jakby przed chwilą nic się nie stało.
     -Co?-spytałam zdziwiona. Gdyby mnie ktoś tak nazywał to od razu bym na tą osobę nawrzeszczała.
     -No czy to ten Brad?-Usiadł powoli na łóżku.
     -Nie jesteś na mnie zły?
     -Nie. Niby dlaczego? W końcu cały czas tak na mnie mówisz.
Podrapałam się po głowie.
     -Jakby się nad tym zastanowić to masz rację.
     -Ja zawsze mam rację.-Wyszczerzył się.
     -Nie wymyślaj, tylko ubieraj się.-Rzuciłam w niego koszulką, wychodząc z pokoju.
*
     -No Harry. Ile można się ubierać?-spytałam. Kiedy chłopak w końcu zdecydował się opuścić swój tymczasowy pokój.
     -Siema-powiedział, siadając na jednym z foteli w salonie.-Przecież tak długo to, to nie trwało.-Wzruszył ramionami i spojrzał na telewizor.
     -Nie trwało długo?=spytałam sarkastycznie.-Szykowałeś się prawie godzinę-powiedziałam z wyrzutem, a nastepnie uśmiechnęłam się zama do siebie.-A rezultatu i tak nie widać-dodałam.
Chłopak od razu odbarzył mnie srogim spojrzeniem i prychnął pod nosem.
     -Nie znasz się-oznajmił w końcu.
     -Dobra dajcie, już sobie spokój z tym przekomażaniem.-Brad podniusł ręce do góry.
     -Wiesz co Bella?-spytał nagle Harry.-Ale z ciebie gospodyni. Nawet nie przedstawiłaś nas sobie.
Na jego słowa lekko się zarumieniłam. Po raz kolejny dzisiejszego dnia miał rację.
     -Racja.-Zaśmiałam się nerwowo.-A więc Harry.-Spojrzałam na niego.-To jest Bradley Simpson.-Wskazałam na Brada siedzącego obok mnie.-Brad to jest harry Styles.-Ponownie zrobiłam ten sam gest, wskazując na Harry'ego.
Chłopcy podali sobie ręce na rzywitanie.
Teraz czas na tego drugiego, ale kurczę jak on się nazywał. Spojrzałam w jego kierunku. Siedział obok Brada i czekał, aż go przedstawię. Uśmiechnęłam się do niego, a następnie podeszłam i zajęłam miejsce obok. Zarzucając rękę na ramniona.
     -Jak się nazywasz?-spytałam cicho, aby nikt oprucz niego nie usłyszał. Nadal się uśmiechając.
 Blondyn zaczął się śmiać. Reszta spojrzała na nas ze znakiem zapytania wymalowanym na twarzach. Po chwili chłopak uspokoił sie i szepnął mi na ucho.
     -Michael Jackson.
Dziękowałam Bogu, że im o tym nie powiedział.
     -OK-zaczęłam.-A więć tamten to Harry.-Wskazałam na wymienionego chłopaka.-A to jest Michael Jack...-przerwałam nagle.-Zaraz, zaraz, ale przecież Michael Jackson nie żyje. A ty wyglądasz dość młodo jak na piędziesięciolatka.-Zdjęłam rękę z ramion chłopaka.
W tym momencie cała czwórka zaczęła się głośno śmiać.
      -Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne.-Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.-Dobra to jak masz w końcu na imię?-spytałam blondyna, kiedy się już w końcu uspokoili.
     -Czekaj niech pomyślę.-Przyłozył palce do brody i udawał, że się zastanawia.
     -No weź.-Szturchnęłam go w ramię.
     -Już, już.-zaśmiał się.-James.
     -A nazwisko?
     -McVay-dokończył.
     -No. A więc to jest James McVay, a to mój brat Filip.-Wskazałam bruneta, mówiąc z wymuszonym uśmiechem. Zaraz potem uśmiech znikł z mojej twarzy. To będzie ciężki dzień.
*
   Dochodzi już prawie czternasta, a my w piątkę chodzimy po miasteczku. Pokazując je Harry'emu i Jamesowi.
   Do zakończenia roku pozostał jeszcze tydzień. ale z racji tego, że mam w domu gości nie chodzę już do szkoły. A poza tym jest już po radzie.
   Właśnie szliśmy przez park. Chłopaki byli na przodzie i zawzięcie o czymś dyskutowali. Natomiast ja szłam tyłem z dłońmi schowanymi w kieszeniach spodni. Nie za bardzo interesowały mnie ich rozmowy. Rozumiem jakby rozmawiali jeszcze o czymś ciekawym, a nie o byle bzdetach. Zaczęłam obserwować drzewa i spacerujących ludzi. Większość z nich, a szczególnie dziewczyny, spoglądały ukradkiem w stronę chłopców. Tylko nieliczne podchodziły i prosiły zazwyczaj Harry'ego o autografy albo zdjęcia.
   Zmęczona przymknęłam oczy, otwierając je po chwili. Dziwne dreszcze przeszły o moim kręgosłupie. Powodując u mnie zdenerwowanie. Nie wiedziałam o co chodzi. Potrząsnęłam głową, przyspieszając kroku, ponieważ reszta dość się ode mnie oddaliła. Ale to uczucie nadal nie znikało. Nie mogłam czuć się swobodnie. Tak jakby ktoś śledził, mój każdy najmniejszy ruch. Skuliłam głowę i niezauważalnie odwróciłam ją na lewo, ale nikogo tam nie było. Same drzewa. Następnie na prawo. Tam również nikogo nie dostrzegłam. Kiedy chciałam już wrócić wzrokiem do chłopaków. Zatrzymał się on na zakapturzonej postaci z ciemnymi okularami na twarzy. Był to chłopak. Uw osobniki, kiedy tylko spostrzegł, że się na niego patrzę uśmiechnął się złowrogo, ale zarówno z wyższością.
   Od razu odwróciłam wzrok. Jednak po chwili znowu spojrzałam w tamto miejsce. Chłopaka już nie było. W mojej głowie od razu pojawiło się mnustwo pytań. Kim on był? Czego może chcieś? I czy jest niebezpieczny?
   Szybko podbiegłam do reszty.
     -Widzieliście go?-spytałam, kiedy stałam już obok.
Chłopcy od razu przerwali swoją rozmowę i spojrzeli ma mnie pytającymi zrokami.
     -Kogo?-spytał w końcu Brad.
     -No tego chłopaka, który stał tam obok tego durzeg drzewa.-Wskazałam miejsce, w którym jeszcze chwilę temu stał.
     -Bella tu jest mnustwo ludzi-powiedział mój brat.
     -No przecież wiem.-Spiorunowałam go wzrokiem.-Ale tamten był jakiś inny.-Zaczęłam im wyjaśniać.
     -Co? Wpadł ci w oko?-Harry zaczął poruszać brwiami.-To, że nie ma ty Louisa nie znaczy, że możesz uganiać się za innymi-dodał, kręcąc palcem wskazującym.
     -Ja nie uganiam się za innymiu-westchnęłam.
     -Dobra, dobra. Powiedzmy, że ci wierzę.-Uśmiechnął się.
     -To kto to w końcu był?-spytał James, który jako jedyny w tym momencie zachowywał się normalnie. Za co ma u mnie wielki plus.
     -Nie wiem. Miał okulary przeciwsłoneczne i kaptur na głowie. A i cały był ubrany na czarno.
     -A może to był morderca?-powiedział Brad. Udając poważny ton. A przyjanmniej próbował, bo jego rozbawienie mu na to nie pozwalało.-O Boże! On nas zabije!-zaczął się drzeć, ale tym razem już normalnym głosem i  śmiejąc się głośno.
     -Zamknij się Brad.-Walnęłam go w ramię.
     -Umieram.-Złapał się za serce.-Zabiłaś mnie. Od początku wiedziałaem, że nie można ci ufać-mówił wskazując na mnie palcem.-Zobaczysz jeszcze się zemszczę.-Machał rękami.
     -Taa, Brad. A podobno umierasz?-spytałam z podniesionymi brwiami. Krzyżyjąc ręce na klatce miersiowej.
     -A racja.
Ponownie zaczął udawać, że umiera.
     -Jeszcze taki jeden mały szczegół.-Spojrzałam na niego znacząco.-Dostałeś w ramię, a nie w serce.
     -Mniejsza o to.-Machnął ręką.
Reszta chłopaków śmieała się z jego poczynań. Nawet James. Zdrajca. Westchnęłam głośno i poszłam przed siebie. To będą naprawdę męczące wakacje.
Nasze zwiedzanie trwało dopuki ciotka nie zadzwoniła do Brada, że czekają na nas pod domem. Szybko wróciliśmy, aby mnie musieli zbyt długo czekać. Od razu otworzyłam furtkę i weszłam na podwórko. Ciotka z wujkiem siedzieli na drewnianej chuśtawce rozmawiając ze sobą. Kiedy nas zauważyli od razu ruszyli w naszą stronę. Mocno przytuliłam kobietę. Natomiast Filip witał się z wujkiem.
     -Bella. Aleś ty wyrosała-powiedziała ciotka, kiedy odsunęłyśmy się od siebie.
     -W końcu nie widziałyśmy się prawie półtora roku.-Uśmiechnęłam się do niej szeroko.
     -Bella. Chodź tutaj do mnie!-zawołał wujek, a po chwili znalazłam się w jego ramionach.
     -Jak ja za wami tęskniłam-powiedziałam, kiedy w końcu skończyliśmy się przytulać.
     -My za wami też-powiedział wujek Darek.-A żebyś ty widziała Brada, jak one się wczoraj cieszył. Chłopak normalnie nie mógł usiedzieć na miejscu.-Na jego słowa zaczęłam się śmiać.
     -Ja?-spytał Brad.-Wcale, że nie.
Skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
     -Taa-mruknął James.-Ty to normalnie skakałeś po całym mieszkaniu.-Zaczął pogłębiać chłopaka.
     -I ty Jamesie przeciwko mnie-jęknął szatyn, spuszczając przy tym głowę.
James tylko się wyszczerzył.
     -A dlaczego Natalie nie przyjechała?-spytłam, zwracając się do Anny-Marii.
     -Wyjechała ze swoim chłopakiem.-Wytłymaczyła mi z uśmiechem na ustach.
     -A kim jest tamten chłopak?-spytał mężczyzna, kiwając głową w stronę Harry'ego.
     -A on?-Odwróciłam się w stronę szatyna i następnie podeszłam do niego.-To jest Harry. Harry to jest tata i mama Brada. Anna-Maria i Darek Simpson.
     -Miło mi.-Wyciągnął rękę w kierunku mężczyzny.
     -Mi również. Nie jesteś z Polski, prawda?-spytał wujek Darek, ściskając rękę Harry'ego.
     -Nie-odpowiedział.-Mieszkam w Londynie. Tylko na wakacje przyjechałem do Belli-wyjaśnił.
Następnie Harry przywitał się z ciocią i weszliśmy do domu.
   Za oknem było już zupełnie ciemno, a zegarek pokazywał kilka minut po dwudziestej trzeciej. Powolnym krokiem skierowałam się do swojeg pokoju. Ciocia i wujek również poszli już spać. Niestety wyjeżdżają po jutrze wieczorem. Muszą wracać do pracy. Wpadli tylko na rocznicę śmierci rodziców. W końcu moja mama i Anna-Maria były siostrami. Na szczęście Brad zostaje na jeszcze trochę. Ale tak prawdę mówiąc to mam już go dość i tego jego przyjaciela też. Jednak obaj się siebie warci. I to jeszcze musieli się sprzeczać o głupie spanie. Bo niby kanapa w salonie jest za mała i oni nie będą razem spali. Dlatego musieliśmy jednemu z nich, którym oczywiście okazał się Brad. Bo James twierdzi, że jako on jest u mnie po raz pierwszy i jest, według niego, ładniejszy i mondrzejszy to nie może spać. a poza tym, że Brad zna mnie dłużej i już przebywał w tym domu. To dlatego on, James, musi spać na kanapie. Żeby wyprubować jej miękkość. Jakby nie mógł tego zrobić przez ten cały czas jak na niej siedział. Dlatego napompowaliśmy materac i naszykowaliśmy posłanie Bradowi.
   Ten dzień był naprawdę męczący.
   Od razu jak weszłam do pokoju rzuciłam się na łóżko. Po chwili moje ciało ogarnął zimny dreszcz. Odwróciłam głowę w stronę okna, które było otwarte na oścież. Nie przypominam sobie żebym otwierała okno. Może zrobił to któryś z chłopaków. Wzruszyłam tylko ramionami i podeszłam do okna zamknąć je. Odwróciłam się wtronę łóżka, na które padały blade prmienie księżyca. Leżała na niej mała biała karteczka złożona na pół, a obok niej dwa kwiatuszki jakie rosną na drzewie. Ich widok trochę mnie zdziwił bo to nie jest pora na tego rodzaju kiaty.
   Wzięłam je do ręki i przystawiłam do nosa, wąchając. Wiśnia. Zmarszczyłam brwi, a mój wzrok powędrował w stronę katreczki. Odłożyłam kwiatki i wzięłam ją w dłonie. Rozłożyłam ją powoli. Ponownie poczułam zapach wiśni. Zaczęłam czytać jej zawartość, napisaną czarnymi, drukowanymi literami.
   "Pięknie dziś wyglądałaś dziś w parku"
   Serce od razu zaczęło mi szybciej bić. To on. Napewno. Ten tajemniczy chłopak z parku. Ale jak? Jak on dostał się do mojego pokoju? Przecież to jakiś psychopata. Dopiero po chwili zoriętowałam się, że słowa napisane są po angielsku. Co jeszcze bardziej mnie przerzaiło.
   Po pokoju rozległ się odgłos mojego teleonu. Oznajmując, że ktoś prubuje się ze mną skontaktować. Wzdrygnęłam się, ale po chwili odetchnęłam głęboko, biorąc komurkę do ręki i odbierając połącenie od Louisa.
     -Hej Louis-powiedziałam jeszcze lekko drzącym głosem.
     -Bella? Coś się stało?-spytał zatroskany.
Przełknęłam gule w moim gardle. Przecież nie powiem mu, że jakiś psychopata włamał się do mojego domu. Nie chcę mu psuć spotkania z rodzicami.
     -Nic. Po prostu wystraszył mnie dźwięk telefonu-wyjaśniłam mając nadzieję, że chłopak mi uwieży.
     -To dobrze-odpowiedział. Na co odetchnęłam w duchu.
     -Jak tam w domu?-spytałam. Kładąc karteszkę i kwiat na stoliku nocnym i siadając na łóżku.
     -Super. Strasznie za nimi tęskniłem. Wczoraj przawie przez cały dzień opowiadalismy sobie nawzajem co się działo podcaz naszej niobecności.-Louis zaczął opowiadać, a ja słuchałam go myśląc o tajemniczym liściku i chłopaku. Kim on jest? Co może ode mnie chcieć? I czemu akurat ode mnie? Przecież na świecie jest miliony innych dziewcząt.-Bella? Czy ty mnie w ogule słuchasz?
Moje rozmyślenia przerwał głos mojego chłopaka.
     -Co? A tak, tak-powiedziałam szybko.
     -W takim razie co przed chwilą powiedziałem?-spytał, wyczekując mojej odpowiedzi.
     -Eee...-jąkałam się.-No, że... że tęsknisz za rodziną?
     -Tak, tak-mruknął.
     -Przeproszam, ale jestem bardzo zmęczona-zaczęłam się tłumaczyć.-Dochodzi prawie północ.
     -Aha. No to się nie dziwię.-Zaśmiał się.-OK. To śpij już. Nie będę ci przeszkazać. Dobranoc skarbie.-Cmoknął w słuchawkę.
     -Dobranoc.-Uśmiechnęłam się i zakończyłam rozmowę.
   Telefon odłożyłam na szafkę nocną, a wzięłam z niej karteczkę i przeczytałam ją jeszcze raz.
   Nagle drzwi do pokoju zaczęły się otwierać. Szybko schowałam karteszkę między nogami, przykrywając to miejsce dłońmi. Zza drzwi wychyliła się głowa Harry'ego.
     -Wiesz, że zanim się wchodzi do mojego pokoju to najpierw się puka?-spytałam unosząc brwi do góry.
     -OK, OK. Chciałem tylko...-zaciął się nagle, rozglądając sie po moim pokoju.-Wow-powiedział wchodząc już całkowicie do śrdka.-Czemu wcześniej mi nie powiedziałaś, że umiesz tak ładnie rysować?-spytał podchodząc do ściany, na której powywieszane były moje rysunki.
     -Bo nie pytałeś?-odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
     -To cię nie tłumaczy.-Spojrzał na mnie z byka.
     -Tylko po to przyszłeś?-spytałam zniecierpliwiona.
     -Nie.-ospowiedział stanowczo.
Chłopak spojrzał w moją stronę.
     -Czemu narysowałaś Brada, a mnie nie?
     -Serio?-Spuściłam głowę, kręcąc niom na lewo i prawo.
     -No co?-Wzruszył ramionami.
     -Nic. Coś jeszcze?-Spojrzałam na niego oczekująco.
     -Chciałaem ci tylko powiedzieć dobranoc-powiedział z uśmiechem.-I liczę na to, że mnie też narysujesz-dodał podchodząc do drzwi.
     -Tylko się nie przelicz-mruknęłam pod nosem.
     -Co?-Odwrócił się w moją stronę. Chwytając złota klamkę.
     -Dobranoc.-Posłałam mu uśmiech, a chłopak opuścił pokój.
   Szybko wyjęłam karteczkę z między ud i wsadziłam do szuflady pod grubą książkę.
   Wstałam z łóżka i podeszłam do drzwi. Wychodząc z pokoju i kierując sie w stronę łazienki.
     -Zrozum Luke. Masz go pilnować, żeby się do niej nie zbliżał.-Przyciszony głos Jamesa wydobywał się z łazienki, a po chwili wyszedł z niej sam chłopak. Trzymając w dłoni telefon, ale już nie rozmawiał ze swoim klegom.-O cześć Bella-powiedział lekko zmieszany.
     -Hej.-Uśmiechnęłam się do niego.-Mogę?-spytałam wskazując na drzwi, w których nadal stał.
     -Pewnie.-Odsunął się i przepuścił mnie do środka.-Dobranoc-Powiedział, kiedy zamykałam już za sobą drzwi.
     -Dobranoc-odpowiedziałam mu.
   Podeszłam do uwywaliki. Wzięłam moją szczoteczke do zembuw i opłukałam ją wyciskając miętową pastę do zembów. już miałam włożyć ją do buzi, kiedy ponownie usłyszałam głos blondyna.
     -A i jeszcze jedno.-Jego głos był już lekko przytłumiony. Przysunęłam się do drzwi czekając, aż dokończy.-Pożyczyłem sobie twojej szczoteczki do zembów, bo zapomniałem swojej z domu.-Zaraz po jego słowach, usłyszałam trzaśnięcie drzwiami.
   Szybko odrzyciłam szczoteczkę do zlewu.
     -Jutro nie żyjesz James!-krzyknęłam za nim. No co za chłopak. Jeszcze minuta i bym musiała odkarzać buzię. Westchnęłam i przemyłam twarz zimną wodą. Uśmiechając się i kręcąc głową. 
*
Przepraszam, że tak długo, ale przez ponad dwa tygodnie nie mieliśmy internetu. Wszystko przez te burze.
Mam nadzieję, że rozdział się podoba. Proszę zostawcie komentarze. Chociaż jest ich niewiele, to są dla mnie ogromną motywacją, bo wiem wtedy, że ktoś to czyta. Dziękuję wam wszystkim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz